Co ma wisieć - nie popłynie
Posted on Апрель 30th, 2009 by Ослик
Ciąg dalszy przygód. Śmierć mi dziś zajrzała w oczy. Nie żartuję. Po tym, jak ratownik przekonał mnie, że umiem pływac pieskiem ;] i na pleckach (jak tylko się odwrócił, triumfalnie poszłam na dno, ale był zbyt zajęty, więc musiałam sama się wybulkać na powierzchnię). Ale kiedy na odwrót, kazał mi całym ciałem opaść na dno, okazało się, że wyporność mam niezwykłą, jak też i zawartość powietrza w płucach. To kwiatuszki…Zabrał nas na głębokość prawie 2 metrów i kazał skoczyć. Z murku. Z makaronem. Zrobiłam szybki rachunek sumienia i wyszło mi, że zejście w obecnym momencie byłoby raczej niekorzystne. Jak zwykle telepało mnie z zimna, poza tym okazało się, że mam lęk wysokości (tzn, konkretnie takiej, w której jest woda, do której trzeba skoczyć). Chyba z 10 minut jęczałam i zawodziłam na brzegu basenu. a Mariusz siedział w wodzie i nawoływał, jak kaczka swoje pisklaki. W końcu pisklak rzucił się kaczce w ramiona, ale, o pech, nie wypuścił powietrza. Skutek był piorunujący - miałam wrażenie, jakby potężna fala wody wdarła się do nosa i wypłukała mi mózg uszami. Całe szczęście, że nie próbowałam go wciągnąć z powrotem. Zośka wahała się trochę dłużej, ale w końcu, po kilku niekontrolowanych ruchach i próbie zejścia do wody drogą pokojową (czyli po Bożemu, po drabince) runęła do basenu. Wszyscy przeżyli. Ale nie chcę kusić losu.

